Jak właściwie powinno się oceniać postępy językowe przedszkolaka? Ikonkami buziek, słoneczkami, tradycyjnymi stopniami? A może jednak opisowo (tylko wtedy chyba ustnie, bo tekstu przecież przedszkolak nie przeczyta)? Czy lepiej, żeby takie małe dziecko oceniać zawsze pozytywnie (nawet, gdy mu się nie do końca coś udało), czy raczej obiektywną oceną uczyć wytężonej pracy i zachęcać, by starało się bardziej?

Inaczej mówiąc, ocenianie warto chyba poddać … ocenie, prawda?

Na początek zapytam inaczej: co to znaczy, że moje dziecko umie śpiewać piosenkę po angielsku „na 3 z plusem” lub recytuje wierszyk na „słabą czwórkę”? Czy śpiewanie lub recytację w ogóle da się precyzyjnie zmierzyć i następne zdefiniować w formie oceny? Zdaniem coraz bardziej licznych badaczy i pedagogów to tak naprawdę niemożliwe. Bo czym de  facto miałaby się różnić ta trójka z plusem od słabej czwórki – a nawet, od czwórki mocnej? Czy ocena o pół stopnia wyższa oznacza, że dziecko zapomniało np. o  jednej linijce wierszyka mniej? Czy że recytowało nieco szybciej – o 10%? A może o 15%? Czy pomyliło się w wymowie trzech wyrazów mniej (ale co to znaczy, że się pomyliło: źle zaakcentowało niektóre wyrazy, wymawiało niektóre słowa z polskimi, a nie angielskimi dźwiękami)? Czy że recytowało z większym entuzjazmem i uczuciem? A może, że się odrobinę częściej uśmiechało?

Ocena numeryczna – mimo swej pozornej obiektywności –  żadnej z powyższych informacji (czy: możliwych  kryteriów wykonania zadania) nie komunikuje jednoznacznie. Ani dziecku, ani rodzicom, ani nawet samemu nauczycielowi! Jest tym samym nie tylko bardzo uboga informacyjnie, ale – co znacznie gorsze – z natury niejednoznaczna, co pokazuje lista wątpliwości powyżej. A jakby tego było mało, ocenianie tego rodzaju niemal nieuchronnie prowadzi do – nawet mimowolnego – klasyfikowania i etykietowania uczniów (nawet tak małych jak przedszkolaki). Któż z nas nie pamięta ze swoich szklonych lat określeń typu „Krzyś to uczeń trójkowy”? „Trójkowy” czyli  JAKI?? Mało zdolny? Mało pracowity? A może roztargniony? Tu znów widać tę niejednoznaczność oceny numerycznej, ale także inną paskudną cechę samego pojęcia oceniania w kategoriach np. od 1 do 6. Bo czyż nie jest tak, że w takim systemie ocena naprawdę pozytywna to tylko ocena najwyższa? A wszystkie inne to tylko wskazanie, jak bardzo się uczniowi nie udało w stosunku do ideału (czyli w tym przypadku: do „szóstki”)? Gdy się nad tym chwilę zastanowić, ocena „dobra” wcale nie jest taka dobra, zwłaszcza dla małego dziecka, entuzjastycznego i chcącego zadowolić i panią i mamę i tatę. Nie mówiąc o ocenie „dostatecznej”! Wbrew swojej nazwie, ocena „3” to dla ambitnego dziecka porażka, stąd jej potoczne określenie „trója;” co ciekawe, tego rodzaju negatywne komunikaty zakodowane są także w określeniach uzupełniających stopnie – jak choćby „słaba” czwórka… Warto też zauważyć, że podobne zarzuty można postawić skądinąd znacznie bardziej przyjaźnie wyglądającym ocenom w postaci np. buziek (uśmiechnięta – dobrze, smutna – źle) czy słoneczek, chmurek i piorunków.

Podsumowując: trója, smutna buźka czy chmurka z deszczem koniec końców mówią uczniowi  równie mało – poza faktem, że coś się nie udało. Nie wiadomo jednak, co konkretnie i – co najważniejsze – co zrobić, aby następnym razem było lepiej! Ten ostatni aspekt tradycyjnych ocen jest najbardziej zasmucający, jeśli ocenianie ma nie tylko mierzyć i klasyfikować, ale realnie wspierać ucznia, pomagać mu pokonać bieżącą trudność i kształtować odpowiednie nastawienie do nauki i własnych możliwości. Takie właśnie pożądane cechy oceniania doceniają zwolennicy tzw. Oceniania Kształtującego, w tym między innymi bardzo już sławny i wciąż cytowany profesor John Hattie, Paul Black i Wiliam Dylan, a w polskim środowisku m.in. grupa ekspertów skupiona w Centrum Edukacji Obywatelskiej. 

Co właściwie proponują?

Przede wszystkim ocena ma dać uczniowi jak najwięcej informacji, które z założenia mają być przydatne przede wszystkim dla samego uczącego się (i w przypadku małego dziecka, dla jego mamy i taty), a dopiero w drugiej kolejności dla nauczyciela/dyrektora.  A zatem nie tyle liczy się obiektywizm i szybka klasyfikacja, lecz efekt wsparcia, kształtowanie pożądanych postaw wobec samego procesu uczenia się (stąd właśnie, moim zdaniem, wyraz „kształtujący” w nazwie Oceniania Kszałtującego). Tak rozumiana ewaluacja dotyczy nie samego ucznia („uczeń trójkowy”), lecz zawsze konkretnej aktywności, w tym jej produktów (np. wypowiedzi ustnej), ale nie tylko. Każdy mądry pedagog wie, że aktywność ucznia (lub jej produkt) z wtorku to często coś zupełnie innego niż to, jak ten sam uczeń pracuje w czwartek…

Innymi słowy, nas jako nowoczesnych pedagogów interesują nie stałe *cechy* ucznia, lecz jego konkretne, a zatem zmienne poziomy aktywności – bo to na nie, a nie na cechy osobowości czy predyspozycje, możemy – i powinniśmy jako pedagodzy – mieć istotny wpływ. Takie myślenie o istocie procesu uczenia znajduje doskonałe oparcie w koncepcji edukacji pozytywnej Carol Dweck (por. wprowadzone przez nią pojęcie „growth mindset” – „postawy auto-pro-rozwojowej”), czy w podejściu terapeutycznym znanym jako Komunikacja Bez Przemocy (tu: komunikacja oceniająca ma dotyczyć konkretnej aktywności ucznia i tego, co z niej ten uczeń może się nauczyć, zanim podejmie  kolejną aktywność).

Które  z tych cech tego alternatywnego, progresywnego podejścia do oceniania odnaleźć można w metodzie Teddy Eddie?

Po pierwsze, ocena nie w formie jakiegokolwiek ubogiego w znaczenie symbolu, lecz w formie opisowej – znacznie bogatszej, a tym samym dużo bardziej jednoznacznej i przydatnej. Po drugie, ocenie podlega nie abstrakcyjna i ogólna wiedza językowa, lecz konkretne sprawności i umiejętności rozwijane na każdym poziomie, jak choćby rozpoznawanie i wskazywanie poznawanych słówek, rozumienie sensu słuchanej lub oglądanej historyjki, czy reagowanie na polecenia lektora wydawane w języku obcym.  I trzecia, najważniejsza kwestia: ocena na każdym poziomie jest sformułowana konsekwentnie w sposób pozytywny, pokazując stopniowy przyrost umiejętności dziecka (a nie, jak w ocenianiu tradycyjnym, stopień oddalenia od ideału, o czym była mowa na wstępie). Jest to znakomity sposób realizacji koncepcji oceniania, wprowadzonej przez Europeski System Opisu Kształcenia Językowego, gdzie podkreśla się fundamentalną wartość tzw. „kompetencji częściowej” ucznia. Co równie istotne, jest to sposób całkowicie czytelny i zrozumiały, także dla mamy i taty, którzy są głównymi odbiorcami tej oceny. Warto na koniec dodać, że oceny takiej lektor dokonuje nie poprzez jakąś specjalną, „twardą” lekcję sprawdzającą, ale raczej poprzez miękką obserwację dziecka w trakcie wykonywania konkretnych zadań językowych i komunikacyjnych – gdyż, tak jak pisałem na wstępie, nie o ocenę cech dziecka chodzi, lecz jego konkretnych, dynamicznie przyrastających umiejętności.

 

Autorem tekstu jest dr Grzegorz Śpiewak – przyjaciel i ambasador marki Teddy Eddie, a ponadto kluczowy trener i naczelny doradca ds. metodyki nauczania polskiej filii wydawnictwa Macmillan Education. Ma na swoim koncie szereg publikacji naukowych i popularyzatorskich, a także kilka prawdziwych bestsellerów. Najnowszym z nich jest seria przewodników ‘Angielski dla rodziców’, oparta na jego autorskiej koncepcji metodycznej deDOMO (deDOMO Education 2010).